Seledynowy Świt

29-05-2012

Poniżej przedstawiamy historię, która zrodziła się w głowie jednego z naszych czytelników. Powieść będzie publikowana o odcinkach. Zapraszamy do lektury i dodawania komentarzy.

Redakcja Wapno.info



Przepowiednia

Otwarcie nigdy nie było łatwe. Kościarz zwykle był rozproszony myślą o inicjacji przepowiedni. Szykował się do pełnego przekazania wróżb kolejnych, pewniejszych. Mówiło się, że początek jest niepewny i ma przygotować grunt do odpowiedniego przyjęcia prawdy objawionej, która rosła w siłę w czasie trwania obrzędu. Umysł Kościarza zaczynał więc leniwie. Powoli, z pewną nieśmiałością stawiał pierwsze kroki na chybotliwej kładce prowadzącej do świata niedostępnego dla pozostałych mieszkańców krainy. Uważnie rozglądał się i namierzał majaczące w oddali kształty. Jak wygłodniały sęp wypatrywał skrawków, ku którym mogłby się skierować.

Polowanie na wizje ułatwiały Kościarzowi rytmiczne uderzenia bębnów i unoszące się w powietrzu gęste kadzidła, które omamiały już nie tylko mistrza ceremonii. Wśród zgromadzonych zaczęły cichnąć szepty. Długie oczekiwanie przekształcało podekscytowanie i zniecirpliwienie w napięcie i niepewność. Każdy z obecnych przyszedł tu z własnymi pytaniami i nadziejami. Wiedziano, że zawarte w wizjach Kościarza informacje będą wyznaczać rytm życia przez najbliższy rok, aż do kolejnej ceremonii. Różnorodność przepowiedni była ogromna. Zdarzały się zapowiedzi dobrych zbiorów, porady na temat polowań, ale także wizje mocniejsze i bardziej przenikliwe. Te ostatnie potrafiły precyzyjnie określić liczebność potomstwa lub długość życia konkretnego mieszkańca wioski.

Pierwszy Harcownik – najważniejszy w sekcji bębniarzy wyszedł na środek namitu i wydobył z siebie wilczy skowyt. Bębny ucichły. Po chwili Harcownik znowu zawył. Tym razem będniarze odpowiedzieli rytmicznymi piskami. Zaczynało się. Harcownik uniósł bęben nad głowę i wyznaczył rytm. Świta odpowiedziała. Przeplatające się z piskami bębny kierowały Kościarza ku transowi. Mistrz ceremonii zajął miejsce Harcownika, jednoznacznie oznajmiając, że jest gotowy. Horda bębniarzy zawyła głośno i urwała bez uprzedzenia. Kościarz zwrócił się do Starszych:

- Nadszedł czas zbiorów. Żniwiarze wichrzą grzywę burzy, wzburzone morze żagle zburzy, natrętne męty, krzyku ślad, odchodzę teraz w inny świat!

Starsi siedzieli niewzruszeni – gromadka zastygłych posągów, skrywająca mądrość wioski. Na inwokację Kościarza odpowiedział Harcownik:

- Oj dajrze Kościarz, mistrzu nam, niech mara wiary ruszy w tan, niech jeden obłok tuli świat, niech się wyjawi mnogość prawd! Niech się rozpędzi wicher snów, niech okruch łaski zrzuci tu, niech go wyłuska Kościarz nam, niech w barwnej tęczy wejdzie stan!

Zebrani w namiocie znali wszystkie punkty obrzędu. Coroczna ceremonia rzucania kości była największym świętem w Krainie Kobalt. Uczestniczyli w niej wszyscy mieszkańcy, od nowo narodzonych, aż po starców. Każdego roku Kościarz, kierowany przez wizje wybierał z tłumu kolejno siedem osób i każdej z nich stawiał przepowiednie. Zwykle złożoność wyjawianych prawd była na tyle duża, że kształtowały one nie tylko życie wybrańców, ale odbijały się szerokim echem po całej krainie. Kościarz zaczynał konwulsyjny taniec. W zebranych wzbierało napięcie, mimo iż mówiono, że pierwsza przepowiednia daleka jest od prawdy objawionej. Służyć miała głównie jako odpowiedni wstęp, ostatni pomost prowadzący Kościarza do świata duchów. Bywało, że przez swą błahość wprowadzała chwilę rozprężenia i stwarzała możliwość zaczerpnięcia ostatniego oddechu. Dzisiaj jednak Kościarz zdawał się bardzo szybko zapaść w głęboki trans. Pomalowana na biało, pomarszczona twarz wiła się w grymasach nadchodzącej wizji. Upiorna tunika, wykonana z połączonych za pomocą kości kawałków skóry falowała w chaotycznym rytmie tańca przepowiedni.

Zaczęło się. Kościarz wyprostował się, jakby porażony nagłym trafieniem. Uniósł brwi i z zamkniętymi, drgającymi oczami ruszył w kierunku jednej ze ścian namiotu. Podszedł do zgromadzonych i wskazał ręką przed siebie. Inicjatywę przejął Harcownik. W jednej chwili podbiegł do wskazanego przez czarownika chłopca, podniósł go wysoko i krzyknął:

- Oto jest!

Zgromadzeni odpowiedzieli oklaskami. Sekcja będniarzy zagrzewała do okrzyków.

- Oto jest! – powtórzył Harcownik, tym razem ucinając narastającą wrzawę.

Chłopiec został zaniesiony na środek namiotu. Posadzono go naprzeciw przygotowującego się do pierwszego rzutu Kościarza. Mistrz ceremoni starannie wysypał ze skórzanego woreczka na stojący przed nim stolik garść wysuszonych bawolich kości. Następnie podniósł je przed siebie i zaczął się w nie wpatrywać. Sekcja bębniarzy hipnotyzowała zebranych równym, mocnym interwałem. Czarownik delikatnie obracał kości w rękach i półszeptem wypowiadał obco brzmiące słowa. Skulił dłonie, przyciągnął je klatki piersiowej, zastygł na chwilę po czym gwałtownym ruchem rzucił kości na blat stojącego przed nim stolika. Tępy trzask kultowego rekwizytu wzmógł w chłopcu napięcie. Zebrani z jeszcze większym skupieniem zaczęli wpatrywać się w czarownika w oczekiwaniu na przepowiednię. Harcownik stał za mistrzem ceremonii trzymając nad jego głową dwie płonące pochodnie. Oświecenie było blisko. Dla chłopca ta chwila była wiecznością. Źle znosił oczekiwanie. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu. Chciał, aby proroctwo w końcu zostało wypowiedziane. Jego milczące prośby zostały wysłuchane. Czarownik spojrzał na rozrzucone kości. Układ poszarzałych strzępków gwałtownie zaczał zlewać się w jego głowie w jednoznaczny obraz. Wizja stała się rzeczywistością. Kraina duchów wciągała Kościarza z niespotykaną wcześniej mocą. Strał się teraz wrócić i przekazać objawienie zebranym. Walcząc o możliwość wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku wyrwał gwałtownie:

- Seledynowy Świt!

Publiczność zamarła. Pochodnie nad głową Kościarza zgasły. Do namiotu wdarł się świszczący wiatr. Harcownik odrzucił pochodnie próbując chwycić osuwającego się na ziemię czarownika. Ten leżał już jednak w bezruchu. Pomalowana na biało twarz zastygła z nieludzkim grymasem. Mężczyzna leżał bezradnie, bezbronny wobec tego co zobaczył. Uporządkowany obrzęd zamienił się w chaotyczną krzontaninę. Widzowie rzucili się w kierunku czarownika, aby sprawdzić w jakim jest stanie. Tłum kłębił się bewziednie, szukając uspokajającego znaku. Rada starszych wstała powoli i bez słowa opuściła namiot. Harcownik pochylił się nad Kościarzem, przyłożył rękę do jego piersi i oznajmił:

- Nie żyje.

Zabrani patrzyli na siebie bezradnie. Brakowło im nie tylko odpowiedzi na pytania, które gromadzili od zeszłorocznej ceremonii. W powszechej świadomości wypowiedziane przez Kościarza słowa zaczęły przywoływać mityczne opowieści, które jak sądzono do tej pory miały jedynie zastraszyć ciemną masę i pomóc utrzymać lud w ryzach. Zawiłe opowieści pomarszonych starców, powtarzane najczęściej przy wieczornym ognisku łatwo jest potraktować jak nierealną legendę. Problem pojawia się, gdy utrwalony w powszechnej świadomości znak pada z ust osoby obdarzonej ogromnym szacunkiem – osoby, w której ręce gotowi jesteśmy oddać własne życie.

Teraz wszystko było trudne. Czas zamarł. Punkty odniesienia, które pozwalały właściwie umiejscowić tu i teraz, znikały nieubłaganie na horyzoncie niepoweności. Przyszłość zatarła się. Wywołany śmiercią Kościarza szok, znieczulający początkowo zmysły zebranych coraz bardziej dotkliwie mieszał się z poczuciem osamotnienia i bezradności. W samym środku sterty kłębiących się pytań siedział wybrany do przepowiedni chłopiec. Podeszła do niego odziana w zwiewną tunikę kobieta i powiedziała:

- Barnabo, czekają na nas.

Chłopiec wstał bez wahania i wyszedł z namiotu czując na plecach spojrzenia zdezorientowanego tłumu…

Seledynowy Świt - część 2

24-06-2012

Chłopiec wstał bez wahania i wyszedł z namiotu czując na plecach spojrzenia zdezorientowanego tłumu. Chciał odejść, odrzucić traumę i odnaleźć w sobie silną samoświadomość, która towarzyszyła mu jeszcze na chwilę przed rozpoczęciem ceremonii. Pragnął wzdrygnąć się nerwowo i obudzić z ulgą stwierdzając, że właśnie przestał śnić. Czas jednak trwał. Rzeczywistość brutalnie tuliła Barnabę w niechcianym uściku. Łopoczące na porwistym wietrze sztandary zdawały się zmuszać chłopca, aby w końcu uwierzył w to czego doświadcza.

- Dokąd idziemy? – zapytał Barnaba.

- Rada Starszych, oczekują nas.

Coś kojącego było w głosie Rebeki. Sposób w jaki mówiła wzbudzał poczucie bezpieczeństwa. Spokój zawarty w słowach kobiety delikatnie wyciszał chłopca. Pozwalał chociaż na chwilę podjąć walkę ze świadomością bezradnego, prowadzonego na rzeź baranka. Barnaba wyprostował się i zaczął iść pewniejszym krokiem. Chata Rady Starszych znajdowała się obok namiotu, w którym odbywała się ceremonia rzucania kości. Rebeka otworzyła dzwi i wprowadziła chłopca do środka.



Rada Starszych

Od momentu, gdy wyruszył minęła godzina. Szedł starannie obmyśłonym szlakiem. Wolt był wytrawnym myśliwym. Jego sława sięgała daleko poza granice wioski, w której mieszkał. Po całej Krainie Kobalt krążyły legendy o dokonaniach potężnie zbudowanego mężczyzny, który, gołymi rękami powalił nie jedną bestię. Myśliwy był prawie na miejscu. Szedł powoli, delikatnymi ruchami próbując zlać się z otoczeniem. Przycupnął na chwilę w zaroślach i zaczął obserwację. Las budził respekt. Wielkie, stare drzewa przeplatały się z gęstymi zaroślami, tworząc zieloną mozaikę. W oddali, na tle delikatnego szumu strumienia słychać było śpiew budzących się do życia ptaków. Wolt znalazł trop. Odciśnięte w wilgotnej glebie kopyta niczym drogowskaz wytyczały ścieżkę dalszej wędrówki. Schylony mężczyzna przemierzał las myśląc o zdobyczy, jaką przyniesie do wioski. Okazja była szczególna. Dzisiaj jego wychowek kończy szesnaście lat i zgodnie z utartym zwyczajem osiągnie pełną dojrzałość i stanie się mężczyzną.

Wolt spojrzał przed siebie. W zaroślach przed nim coś się poruszyło. Mężczyzna zastygł w bezruchu i wytężył wzrok. W tej chwili przestawał być troskliwym opiekunem i radosnym kompanem. W samym środku swojego ja otwierał małą szkatułkę i chował do niej wszyskie ludzkie odruchy. W mgnieniu oka uruchamiał wyćwiczone mechanizmy i przeistaczał się w bliską zwierzęciu maszynę do zabijania. Zdobycz była najważniejsza. Krzaki znowu się poruszyły. Myśliwy schylił się jeszcze bardziej i powoli, bezszelestnie chwycił zawieszony na plecach łuk. Z przymocowanego do pasa kołczanu wyjął strzałę i przygotował broń. Uniesiony łuk w elektryzującej charmonii zlewał się z wytężonymi mięśniami mężczyzny. Wolt bacznie wypatrywał celu. W jednej chwili przed jego oczami pojawiła się smukła, okazała sarna. Nadszedł moment egzekucji. Mężczyzna błyskawicznie namierzył cel i napiął cięciwę. Postawione w gotowość ciało Wolta odliczało ułamki sekund pozostałe do strzału. Zawył wiatr. Rozpędzająca się dookoła zawierucha poderwała z ziemi podmokłe liście. Krucha więź łącząca myśliwego ze zwierzyną została gwałtownie przerwana przez głośny burzowy grzmot. Sarna spłoszyła się. Wolt upuścił łuk i chwycił zawieszony na szyi, palący niczym kawałek rozgrzanego żelaza medalion. W głowie pojawił się niepokój. Priorytety zostały przetasowane. Mężczyzna wyprostował się. Spojrzał za siebie, jakby szukając pocieszenia i bez namysłu, z całych sił pognał w kierunku wioski.




Barnaba przeszedł przez próg. Pomieszczenie nie wyglądało zachęcająco. Brak okien i zagadkowa atmosfera jednoznacznie świadczyły, że izba nie służyła za miejsce kurtuazyjnych spotkań. W ciemnym, rozświetlonym jedynie kilkoma świeczkami pomieszczeniu widać było wiele rękopisów, starych książek i rytualnych przedmiotów. Naprzeciwko wejścia stało kilka krzeseł, na którch zasiadali Starsi. Byli panami tego miejsca. Tutaj odżywali. Unosząca się w powietrzu zagadkowa aura sprawiała, że przestawali wyglądać na zasmuconych, zgorzkniałych tetryków. Rysy ich twarzy stawały się ostrzejsze, bardziej zdezydowane i wymowne.

- Jesteśmy – zasygnalizowała Rebeka.

- Tak, widzę – rzucił od niechcenia siędzący w centrum mężczyzna.

– Niech zacznie Obibluch – dorzucił po chwili.

Przewodniczący wskazał na członka rady siedzącego po jego prawej stronie. Trzeba przyznać, że imię doskonale opisywało fizjonomię Obiblucha. Rzadkie kosmyki włosów sterczące nad uszami w przewrotny sposób skupiały uwagę na wielkiej łysinie pokrywającej resztę głowy mężczyzny. Jego ubiór wyglądał jak niekończąca się łamigłówka. Splątane niedbale szmaty, powiązane ze sobą kawałkami sznurków gubiły swój koniec wplatając się w skrawki znoszonych futer. Śmietnikową konstelację dopełniały powpinane tu i ówdzie kawałki piór i tandetne korale. Obibluch niewątpliwie miał styl. W wiosce zwykło się jednak mówić, że klucz do zrozumienia wyznaczanych przez niego modowych trendów mężczyzna zgubił na śmietniku, podczas jednej ze swych wypraw po skarby. Nie zważając na wrażenie jakie sprawiał jego wygląd Obibluch spojrzał przenikliwie wprost w oczy Barnaby i przemówił:

- Jesteśmy na łące. Koło kota, gdzie jego noga nawet nie wie, że ona była wtedy, stoi mysz. Koło myszy, co jej noga nawet nie wie, że ona była wtedy, stoi pchła.

- Zaczyna się nieźle – mruknął pod nosem Barnaba.

Obibluch ciągnął dalej:

- Koło pchły co jej noga nawet nie wie, że ona była wtedy, stoi wielkie pytanie. Jest teraz chwila na wspólną swawolę. Kot się z myszą gania i pchła im w to wtóruje. Przylatuje ptak i pytam cię chłopcze, który kąsek wpierwej upoluje?

Pytanie zawisło w powietrzu. Gdyby nie fakt, że w głowie Barnaby ciąge pulsował obraz osuwającego się na ziemię Kościarza, chłopiec z pewnością by się roześmiał. Nieskładne rymowanki Obiblucha do tej pory służyły jednynie jako pretekst do prześmiewania dziwnie zachowującego się starca. Powaga chwili sprawiła, że tym razem obibluchowa zagadka nie wydawała się śmieszna. Nadal brzmiała jak wyrwany z kontekstu zlepek słów, jednak zawarty w niej pierwiastek nierealności wydał się Barnabie bliski jak nigdy dotąd. Duszna atmosfera chaty Starszych omamiała z każdą chwilą coraz bardziej. Obronne nastawienie z jakim Barnaba przeszedł przez próg powoli zaczynało ustępować miejsca uległości. Przed oczami chłopca jakby w ulotnej wizji przemknął obraz przywołany przez zagadkę starca. Głowa stawała się ciężka. Poddając się rytualnej hipnozie Barnaba opuścił głowę i rozluźnił ramiona. Teraz widział wyraźnie. Po bezchmurnym niebie majestatycznie krążył okazały sokół. Ptak wypatrywał zdobyczy. Wzbił się na moment trochę wyżej po czym z ogromną prędkością zanurkował w kierunku ziemi.

- Mysz, upoluje mysz! – wykrzyknął Barnaba jakby wyrwany ze snu.

Chłopiec uniósł głowę czując, że słowa zostały wypowiedziane bez jego świadomości. Podniesione oczy prowadzone ukrytą mocą wpatrywały się w spojrzenie Obiblucha. Podczas niewypowiedzianego dialogu Barnaba poczuł, że gdzieś głęboko w jego głowie ktoś próbuje otworzyć drzwi do skarbca, w którym chłopiec gromadził wspomnienia. Niewidzialna siła początkowo zidentyfikowana jako natarczywy intruz napotkała na opór. Obrona nie trwała jednak zbyt długo. Kruche, raczkujące jeszcze mechanizmy ochronne chłopca nie mogły się równać z wyćwiczonymi technikami hipnozy Obiblucha. Starzec dominował. Krok po kroku indukowana przez członka Rady siła wchodziła coraz głębiej do umysłu chłopca. W końcu Barnaba całkowicie poddał się omamiającej fali, która na dobre rozgościła się w jego głowie. Przechodząc śmiało przez kolejne drzwi wprowadzona do umysłu myśl w końcu dotarła do obszaru wspomnień najsilniejszych i najbardziej osobistych. Tutaj miała pozostać. Prowadzona na sznurku świadomość Barnaby jak wierny widz przypatrywała się malowanemu na płótnie pamięci obrazowi. Chłopiec po raz drugi doświadczył znanej mu już wizji. Perspektywa została zmieniona. Tym razem to on patrzył na łąkę oczami sokoła. Detale straciły znaczenie. Targany niepochamowaną rządzą myślał tylko o tym, żeby dopaść gryzonia. „Mysz, mysz, mysz!” – hipnotyzujące słowa zostały na trwałe wyryte w pamięci chłopca.

Obibluch skończył. Oderwał oczy od chłopca, skinął głową w kierunku przewodniczącego Rady i usmiechnął się z satysfakcją. Barnaba wzdrygnął się w mimowolnym dreszczu. Początkowe zmieszanie spowodowane wprowadzeniem do jego umysłu obcego tworu szybko ustąpiło. Wspomnienie zostało wchłonięte. Co prawda nadal sterczało w pamięci chłopca nienaturalnie - bez odpowiedniego kontekstu, jednak mimo to Barnaba podchodził do niego jak do wiedzy najwyższej wagi. Pozornie nieskładna obibluchowa zagadka została przekształcona w jego umyśle w skojarzenie, które miało mu uratować życie. Zakodowany obraz wydawał mu się osobisty i prawdziwy. Był dla niego równie wyraźny jak wspomnienia wydarzeń, których rzeczywiście doświadczył w przeszłości.

Przewodniczący Rady szykował się do kolejnego punktu spotkania. Tym razem kluczem miała być wola chłopca. Obibluchowa hipnoza musiała zostać zastosowana bez zbędnych wprowadzeń. Tylko w takim przypadku mogła z odpowiednią mocą wpłynąć na Barnabę. Siła z jaką Rada potrafiła kierować ludzkimi myślami była ogromna. Niewystarczająca jednak do wkroczenia na ścieżkę, na którą miał wejść Barnaba. W tym przypadku, zgodnie z zapisami pradawnych pism, chłopiec został „naznaczony”, ale to od niego samego zależało, czy przyjmie czy odrzuci proroctwo.

Seledynowy Świt - część 3

15-07-2012

- Kościarz przemówił – zaczął przewodniczący Rady i kontynuował zwracając się do chłopca – Siła przyszłości przekroczyła bramę strachu. Wierzyliśmy, ale krucha była to wiara. Byliśmy pewni, ale mierna była to pewność. Poległ strażnik bram prawdy. Jego ciało spłonie na stosie. W naszych sercach zagościł smutek, ale nie pogrążamy się w żałobie. Podążając za ostatnim proroctwem sięgamy do mądrości Świętej Księgi i otwieramy nasze umysły na przyjęcie Słowa.

Starzec wstał z krzesła. Podszedł do stojącej obok niego zdobionej złotem drewnianej szafki. Pochylił się i z namaszczeniem wyjął z niej grubą księgę. Z wyćwiczoną sprawnością otworzył na ostatnim rozdziale i zaczął czytać donośnym głosem:

Czarny wschód Słońca zapowiada
Czerwone żaby i ciemny świat
Zamarza rosa i pęka sława
I człowiek przyszedł by żegnać czas

Człowiek chce żegnać, lecz czas ucieka
I nie ogląda świata łez
Bo po co patrzeć? Bo po po co patrzeć?
Na przychodzący życia kres

Bo po co patrzeć – tego nikt nie wie
Lecz stoi ciągle człowieka cień
Szukając może resztek zieleni
Lecz nie znajduje, bo nie ma jej

Zieleń wygnana, zieleń zabita
Lecz kto zabija kawałki snów?
Morderca, zimny morderca
Niegodny nawet zieleni stóp

Czekając może czasu powrotu,
Szukając może zieleni złóż
Błąka się marny cień-cienia człowiek
I nie znajduje, bo nie ma już

Nie ma już snów, marzeń, zieleni
I zapytania o lepszy czas
Chciałby cień-cienia znowu uwierzyć
Ale nie może, bo płomień zgasł.

Słowa przeszyły Barnabę. Stał nagi w ciemnej chacie. Odarty z wszystkiego do czego zdążył przywyknąć przez swoje krótkie życie czuł się bezbronny. Słowa Pisma przeczytane wibrującym głosem przez starca wdarły się do serca chłopca. Powierciły się chaotycznie przez chwilę, po czym wbiły się głęboko i utkwiły niczym zadra. Okrutny obrządek trwał. Barnaba krok po kroku był spychany do granic swej wytrzymałości.

- Jestem przy tobie – szepnęła empatycznie Rebeka.

Przewodniczący Rady zamknął i odłożył księgę. Ponownie podszedł do szafki i wyciągnął z niej niewielkie zawiniątko. Szerokim spojrzeniem przebiegł po wszystkich zebranych jeszcze bardziej koncentrując ich uwagę. Stanął przed Barnabą i powoli rozwinął kawałek płótna skrywający zagadkowy przedmiot i z majestatem zawołał:

- Oto wężowidło - ślad ostatniego Świtu!

Barnaba spojrzał na mieszczący się w dłoniach starca poskręcany szpikulec. Pozbawiony zdobień i wyrafinowanej obróbki sztylet nie budził estetycznych zachwytów. Pokryta bruzdami matowa powierzchnia sprawiała wrażenie niedokończonej. Niewielu wcześniej widziało wężowidło. Dla Rady Starszych niepozorny kawałek metalu był najcenniejszym ze zgromadzonych rytualnych przedmiotów. Wierzyli, że zawarta w nim magiczna moc ma siłę przyciągania przeznaczenia, czyli uwypuklania roli, która została nam powierzona w świecie. Wężowidło pojawiło się w wiosce prawie siedemnaście lat temu - tuż po ostaniej Zorzy.

Seledynowy Świt, nazywany także Seledynową Zorzą przychodził bez uprzedzenia. Tajemnicze zjawisko zmieniające kolor nieba na szaro – zielony zawsze budziło wielki niepokój. Niezapowiedziane niczym zagadkowe rozbłyski nieboskłonu i tańczące charmonijnie smugi światła były dla mieszkańców znakiem niepojętej mocy. Mocy, która władała rytmem ich życia. Każdy Seledynowy Świt przynosił zmiany. Stare księgi, gromadzone przez Radę zawierały opisy wydarzeń przełomowych, które rozpoczynały się tuż po zaobserwowaniu Zorzy. Ogromny urodzaj kilka pokoleń temu, udomowienie dzikich zwierząt w czasach jeszcze odleglejszych – wszystko to napawało nadzieją. Była jednak także mroczniejsza strona Świtu. Kierowane nieuchwytną siłą zjawisko zbierało w swej historii krwawe żniowo. Pisma mówiły o okrutnych wojnach wszczynanych z błahych powodów i masowej emigracji z krainy. Wszystko to jednak wydawało się odległą, zwietrzałą opowieścią w porownaniu z naukami, które Starsi głosili po przybyciu do wioski Kościarza.

Mężczyzna pojawił się w krainie Kobalt kilka dni po ostatnim Świcie. Miotane wówczas oczekiwaniem na najgorsze tereny niechętnie przyjmowały obcych. Z Kościarzem było jednak inaczej. Odbarzony ogromną charyzmą kapłan szybko zjednywał napotkane na swej drodze osoby. Dotarł do wioski Barnaby i tutaj pozostał, aby głosić nauki. Obdarzony darem proroctwa Kościarz szybko stał się punktem odniesienia w niepewnych czasach. Wypowiadane przez niego proroctwa dawały mieszkańcom poczucie bezpiecznej przyszłości. Nadludzka moc czarownika szybko została uznana za dobry dar minionego Świtu. To on był owocem - materialnym i konkretnym. Przybycie Kościarza stało się faktem, można więc było z ulgą zaprzestać poszukiwania kolejnych znaków.

Czarownik z czasem stawał się coraz ważniejszy w wiosce. Jego autorytet i powołana do życia Ceremonia Rzucania Kości przyćmiewały nauki głoszone przez Starszych. Ci jednak nie negowali roli Kościarza. Był dla nich wielkim znakiem. Wielokrotnie podkreślali, że przybycie do wioski proroka jest konsekwencją wypełniania się Pisma. W oparciu o kolejne przepowiednie czarownika dalej głosili swoje nauki. Przybycie Kościarza odczytane jako zapisany w starych pismach znak skłoniło ich do coraz głębszego studiowania ostaniego z rozdziałów Świętej Księgi. Nauki Starców były szorstkie. Mieszkańcy niechętnie słuchali o przesłankach zwiastujących nadejście ostatecznego końca. Mimo to każdy w wiosce nosił w swym sercu zdanie powtarzane przez Radę jak mantra: „Kolejny Seledynowy Świt będzie tym ostatnim”. Wężowidło zgodnie z nauką Starszych było materialnym znakiem nadprzyrodzonych zdolności Kościarza. Rytualny sztylet, który czarownik przyniósł ze sobą do wioski i który powierzył opiece Rady był teraz jedynym konkretnym elementem, który mógł pomóc złożyć w całość układankę przyszłości.

- Zostałeś naznaczony przez naszego brata. Jako jedyny możesz podążyć ścieżką Kościarza i znaleźć odpowiedzi, na które czekamy – Przewodniczący Rady przemówił wprost do Barnaby.

- Pytam więc ciebie, synu proroctwa, w obliczu Rady, twojej matki i twego sumienia. Czy poniesiesz to brzemie? – Starzec zakończył przemowę i wyciągnął rękę w kierunku Barnaby podając mu wężowidło.

Chłopiec stracił kontakt z rozgrywającymi się wokół niego wydarzeniami. Cały czas w jego głowie pulsowały przeczytane przez przewodniczącego Rady słowa Świętej Księgi. Ledwo docierało do niego, że postawiono mu bardzo konkretne pytanie, na które oczekiwano precyzyjnej odpowiedzi. Odpowiedzi, która miała zadecydować o losach jego i całej krainy Kobalt. Stał nieobecny, wpatrując się w wężowidło i myślał tylko o tym, aby odrzucić od siebie wszystko, co zmąciło jego spokój. Był człowiekiem. Bał się i jedyne czego pragnął, to pozbyć się tego strachu. Barnaba resztką sił zebrał się w sobie, spojrzał na przewodniczącego Rady i rozchylił usta próbując uformować słowo.

Drzwi do chaty otworzyły się. Otoczony wpadającą z dworu jasnością, kontrastującą z półmrokiem panującym w siedzibie Rady, w progu stanął zdyszany Wolt. Rozejrzał się po zebranych i w ułamku sekundy ocenił sytuację. Spojrzał na Barnabę i z wielką siłą w głosie powiedział:

- Synu, przemawia do ciebie kapłan.

Barnaba odwrócił się i spojrzał na Wolta. Chłopiec ocknął się. Poczuł siebie. Nabrał pewności i znalazł siłę, aby stłumić niepokoje. Stał teraz w swoim ciele i kontrolował umysł. Przyjął pewną postawę, spojrzał na przewodniczącego Rady, wyciągnął rękę po wężowidło i powiedział:

- Taka jest moja wola.

Starzec przekazał Barnabie sztylet. Spotkanie dobiegało końca. Ustalono, że następnego dnia chłopiec w poszukiwaniu wskazówek do zrozumienia ostatniej przepowiedni Kościarza wyruszy na szczyt Świdrowej Góry - miejsca, z którego podobno czarownik pochodził. Odległość do pokonania była ogromna. Zdecydowano więc, że Barnabie będą towarzyszyć Rebeka i Wolt. Swoją wiedzą i umiejętnościami będą wspierać chłopca. Zamykając obrady przewodniczący zwrócił się do mającej jutro wyruszyć trójki i rzekł:

- Barnabo, jesteś synem proroctwa. Niech nasz duch cię prowadzi. Wolcie, niech twa siła będzie strażnikiem bezpieczeństwa i pewności. Rebeko, otul swą delikatnością pułapki nieprzyjaciół. Byłaś dla nas siostrą!

Seledynowy Świt - część 4

23-08-2012
Stara Odbyta, co jej koza latem zdechła

Świtało. Noc nie przyniosła ukojenia. Krzątające się po głowie myśli wywoływały nerwowe sny. Barnaba usiadł na łóżku i położył nogi na podłodze. Zimna powierzchnia na chwilę odciągnęła umysł w kierunku rzeczywistego doznania. Mętne kłębowisko myśli ustąpiło przyjemnie orzeźwiającemu uczuciu chłodu. Chłopiec powoli się rozbudzał i asymilował z rozpoczynającym się dniem. Wstał, włożył na siebie lnianą koszulę i przeszedł do sąsiedniej izby.

- Niech mnie wiewiór uźre! Witamy rannego ptaszka! – Wolt najwyraźniej był w dobrym chumorze – Mam nadzieję, że wypocząłeś, przed nami długa droga.

- Można tak powiedzieć. W każdym razie gotów jestem do wędrówki ojcze. Chciałbym już iść.

- Nie tak prędko wybrańcu, hehe, sturba jego mać! Nawet najwięksi muszą coś zjeść przed wymarszem. Nie kręć nosem, tylko siadaj do stołu. Matka przygotowała zacną strawę!

Barnaba usiadł do stołu stojącego na środku pokoju. Izba była niewielka. Znajdowało się w niej kilka sprzętów przydatnych do codziennego życia, posłanie oraz palenisko. Rebeka pokrzątała się chwilę i podała ciepłe śniadanie.

- Niech w nas soków życiodajnych wartka siła prędko wstąpi. Cieszmy się tym posiłkiem! – Kobieta tradycyjnym pozdrowieniem dała znak do rozpoczęcia jedzenia.

Dla mieszkańców Aleksandrytu – wioski, w której mieszkał Barnaba – wspólne posiłki były fundamentem rodzinnych i przyjacielskich więzi. Dawały siłę nie tylko ciału. Miały znaczenie symboliczne, czasami celebrowane w mistyczny sposób.

- Do Odbyty pójdziemy wpierw, powiadam – Wolt rzucił żując kawałek królika.

- Do Odbyty? Czygoż tam nam szukać? – Rebeka wyglądała na zaskoczoną.

- Czegoż szukać u Odbyty, hehe?! Lepiej żeśmy byśmy nic tam u niej nie szukali! Cholernie dobry królik! Na jałowcu go wędziłaś?

- Na jałowcu, pewna sprawa. Troszkę miodu, arcydzięgla… ale ja nie o tym. Chata Odbyty, niech ją duchy lasu wesprą, przecież z innej zali strony niż na Górę Świdrową szlak. Mało to my drogi mamy, żeby jeszcze jej nadkładać?

- Mało, niemało, do Odbyty trzeba zajrzeć. Wiele drogi nie nadłożym, a jak Stara nas ugości, to przynajmniej w suchym zaśniem zamiast się po dziczy szwędać. Mi tam puszcza drugim domem, ale pókim blisko naszych, to po chatach lepiej pospać. A Odbyta, mi Obibluch wczoraj wspomniał, wciąż narzeka, że ją nikt, a rzadko nie odwiedza.

- Ciekawe dlaczego? – Barnaba włączył się do rozmowy, z uśmieszkiem, który przywołało wspomnienie Odbyty.

- Ludziska to ludziska. Każdy swoją szopę klepie. Stara ciągle opowiada, że jej koza latem zdechła, to się ludziom zali dłuży, żeby se z nią przesiadywać. Poczciwa to jednak kobieta i gościny nam użyczy.

- Niech więc będzie – zgodziła się Rebeka – Stara zawsze zioła przednie miała, to i może cytrynowej trawy nie poszczędzi.

Śniadanie minęło na rozmowach o sztuce zbierania ziół i doprawiania potraw. Troje wędrowców tuż przed podróżą korzystało z ostatnich chwil przy domowym ognisku. Siedzieli wspólnie i rozmawiali w maksymalnie możliwy sposób utrwalając w swych sercach obraz hamonii i spokoju. Obraz, do którego często mieli wracać w niepewnej przyszłości. Na podłodze koło stołu stały trzy przygotowane do wędrowki plecaki. Niezbyt ciężkie, aby nie utrudniać marszu. Zawierały trochę trwałej żywności oraz przedmioty niezbędne do przetrwania na łonie natury. Śniadnie dobiegło końca. Wszyscy wstali od stołu i zaczęli uzupełniać plecaki o statnie drobiazgi.

- Weź jeszcze to. – Wolt zwrócił się do Barnaby – Miałem dać ci go wczoraj, ale sam rozumiesz…

Mężczyzna podał Barnabie smukły skurzany futerał, do którego przytwierdzone było małe oczko umożliwiające umocowanie całości do pasa.

- To prezent na twoje urodziny. Noży ci wszak ostatnio dostatek, ale zacna to klinga i wiernie ci będzie służyć.

Barnaba wziął pokrowiec i wyjął z niego masywny myśliwki nóż. Rekojeść wykonana była z jeleniego rogu. Solidna i pięknie wykończona idealnie leżała w dłoni. Ostrze było potężne i srebrzyste. Światło odbijało się od niego niezliczonymi refleksami podkreślając zabójczą moc przedmiotu. U nasady ostrza ozdobnymi literami wyryto inskrypcję „Mlode umarle”, która w języku pradawnych Koboldów oznaczała „Silny w dorosłości”. - Dziękuję ojcze, to wspaniałe ostrze.

Za oknem rozległ się dźwięk rogu. Wolt wyjrzał za firankę, po czym spojrzał na Barnabę i powiedział:

- Zasłużyłeś na nie. Teraz kończ się pakować i przywdziej coś solidniejszego. Najwyższa pora na nas. W wiosce też już się zaczyna.

Troje wędrowców zapięło plecaki i wyszło przed chatę. Mimo wczesnej pory w wiosce panowało poruszenie. Mieszkańcy zmierzali na położony na skraju osady plac. Tam miała się odbyć ceremonia pogrzebowa Kościarza. Rebeka, Wolt i Barnaba ruszyli za tłumem i po chwili byli na miejscu. Na środku placu leżał stos ułużony z kawałków drewna. Na nim spoczywało zupełnie zastygłe ciało czarownika gotowe to zniknięcia z tego świata. Wokół stali mieszkańcy wioski. Pogrzeb był dla nich sposobem na uzmysłowienie sobie, że już nigdy nie zobaczą szamana oraz wyrazem szacunku dla wszystkiego czego Kościarz dokonał za życia. Przewodnikiem obrzędu, podobnie jak w czasie ceremonii rzucania kości, był Pierwszy Harcownik. Tym razem odziany w posępne szaty, jakby przygaszony, swoją ledwo żarzącą się duszą dodawał ceremonii powagi. Mężczyzna przyłożył do ust róg i zadął powtórnie, dając znak, że ceremonia się rozpoczyna. Na miejscu była już cała wioska, większość zgromadzonych ubrana w żałobne stroje. Wśród tłumu stała Rebeka, Wolt i Barnaba – wędrowcy, dla których śmierć Kościarza oznaczała początek rozstania ze społecznością Aleksandrytu. Harcownik podszedł do stosu i wygłosił ostatnią przemowę:

- Ach dałeś Kościarz, mistrzu nam, pochwycić nieuchwytny stan. Wyjąłeś z przyszłych życia prawd okruchy wiedzy - rzuciłeś znak! Jak mądry pasterz w burzy snów poprowadziłeś wierny lud. Lecz teraz śpisz już - trwa wieczny sen… Niech twoja chwała i spokój dusz, niech pozostaną na wieki tu. Niech twoja mądrość i barwa słów, niech nas prowadzą do prostych dróg. Niech na tej drodze, na końcu jej, niech nas odnajdzie nadziei cień! - Harcownik chwycił płonącą pochodnię i podszedł do stosu i zawołał - Pokłońmy się na chwałę Kościarza!

Zgromadzeni z szacunkem pochylili głowy. Harcownik rzucił pochodnię na stertę drewna. Ciało czarownika otuliły płomienie. Zgromadzeni stali w ciszy i obserwowali płonący stos. Ten moment każdy rozgrywał we własnej głowie na swój sposób. Nie było śpiewów, bębnów i zbiorowych reakcji. Przestrzeń wypałniał chrupoczący dźwiek drewna pękającego pod wpływem ognia. Odchodził ten, który był ich przewodnikiem. Ten, którego mogli zapytać o radę. Odchodził ten, który zapewniał poczucie bezpiecznej przyszłości. Wzniosłe myśli i marzenia brutalnym ciosem zostały strącone na grunt codzienności. Materialna, przemijająca rzeczywistość triumfowała. Patrzyli na to i przyjmowali, na razie nie wypowiadając kłębiących się w ich głowach pytań. Stos stawał się coraz mniejszy. Łapczywe płomienie trawiły kolejne warstwy. W końcu konstrukcja zaczęła przygasać. Wolt zbliżył się do Rebeki i Barnaby i powiedział po cichu:

- Ruszajmy. Nic tu po nas.

Odeszli więc w kierunku lasu zostawiając za sobą przygasające palenisko, z którego nadal wydobywała się smużka dymu. Pożegnali przyjaciela i nauczyciela mając nadzieję, że jego nauki pomogą im pokonać trudności, na które napotkają podczas wypełniania powierzonej im misji. Długo jeszcze szli w ciszy rozmyślając o chwilach, które wiązały ich z Kościarzem. Poruszali się po ścieżce wydeptanej przez myśliwych. Powoli oddalali się od wioski, cały czas jednak pozostając na znanych sobie terenach. Nie obracali się za siebie. Sytuacja była wystarczająco trudna, aby dorzucać do niej tęsknotę za przyjaciółmi i towarzyszami codzienności. Pominęli pożegnanie. Półświadomie wykorzystali zamieszanie wywołane pogrzebem Kościarza, aby opuścić Aleksandryt bez słowa. Z dziwną lekkością przyszło im skupienie się nie na tym co zaszło, ale na tym do czego to doprowadzi i w jaki sposób powinni dotrzeć do miejsca, które wraz z Radą Starszych wybrali na cel wędrówki.

- Świdrowa Góra – gdzie to właściwie jest? – Barnaba przerwał milczenie w momencie, gdy ścieżka robiła się trochę szersza. - Rozłoż lewą dłoń – Rebeka zrównała się z synem i chwyciła jego rękę. My jesteśmy tutaj – kobieta wskazała na miejsce u podstawy kciuka - Tu jest chata Odbyty – tym razem przesunęła palec delikatnie w prawo – Świdrowa Góra znajduje się na skraju naszej krainy, mniej więcej tutaj – Rebeka dotknęła punktu u podstawy palca serdecznego chłopca.

- To faktycznie daleko – odpowiedział Barnaba.

- Odległość synu, zyskuje swój wymiar głównie w naszych głowach. Ludzie przemierzają naszą krainę wzdłuż i wszerz i opowiadają o tym wiekopomne legendy. Tymczasem jak widzisz, aby pomieścić cały ten obszar potrzebowałam zaledwie jednej z twoich dłoni.

Barnaba uśmiechnął się delikatnie. Wiedza geograficzna Rebeki i dystans z jakim do niej podchodziła uspokajały chłopca. Zamyślił się przez chwilę nad drogą, która była przed nimi i zapytał ponownie:

- Jeżeli to skraj naszej krainy, to co jest tutaj – poza moją dłonią?

- Tu zaczyna się Kyjanit mój drogi. Kraina siostra naszego Kobaltu. Rozleglejsza od naszej, ale za to mniej żyzna i mniej przyjazna. Skaliste połacie i surowy klimat zdały się utwardzić żyjących w niej ludzi. Mówi się, że są hardzi i nieprzyjaźnie nastawieni. Osobiście wierzę, że stali się tacy jak przyroda wśród której przyszło im mieszkać i wyrażam szacunek wobec zdolnosci adaptacyjnych, które wykształcili.

- Harde rosomaki, sturba jego mać! Matka zali dobrze rzecze – Wolt włączył się do rozmowy – Słyszałem kiedyś o jednym, ale żadnegom nie widział. Podobno wielkie to chłopy i siła u nich tęga.

- Tak mówią – kontynuowała Rebeka – mówią także, że są świetnymi górnikami i nawet nasze Koboldy mogłyby się od nich uczyć rzemiosła.

- Lepiej tego przy nich nie powtarzaj, bo ci skórę wygabują małe skrzaty, hehe – głośno zaśmiał się Wolt.

- Nie zamierzam. Koboldów lepiej nie drażnić, ale to już inna historia – Rebeka urwała wątek i rozejrzała się dookoła – Szybko idziemy. Czyżbyśmy zbliżali się do Bimbrowej Polany?

- Jako rzeczesz, moja droga, polana tuż tuż. Rzekłoby się: przedsionek raju tuż za zakrętem, hehe! – Rzucił Wolt z przekąsem.

„Placyk rozkoszy”, „niebiański skwerek”, „przedsionek raju” to tylko niektóre z określeń jakich Malagus i Alabajdus używali do nazwania miejsca, w którym żyli. Ich dla odmiany okoliczna ludność zwykła nazywać „leśnymi nurkami”, „psami stepowymi” lub po prostu pijakami. Urządzili sobie tutaj dwaj śmiałkowie światynie bimbrownictwa, w której mogli poświęcać się zajęciom dla nich najważnieszym. Na skraju polany stał podparty belkami szałas – legowisko Malagusa i Alabajdusa. Połatany byle czym dach sprawiał wrażenie najmniej ważnego elementu królestwa bimbrowników. Tuż przed szałasem znajdowało się przygotowane z dużą starannością palenisko otoczone kamieniami wzmocnionymi gliną. Na środku paleniska zamocowany był solidny żeliwny kociołek – serce całego obozu.

- No to jesteśmy – powiedział Wolt wchodząc na polanę. Chrupnijmy coś i dajmy odpocząć nogom. Przed nami jeszcze kawał drogi. Ciekawe czy nurki jeszcze śpią? - Mężczyzna podszedł do obozu bimbrowników i zajrzał do szałasu - No ładnie szczurze syny! Pobudka, słońce już dawno nie śpi. Czas nastawić kociołek, hehe!

Dwie wymiętolone larwy zaczęły się wić na legowisku. Powoli, szanując każdą sekundę, Malagus i Alabajdus otwierali oczy i próbowali zlokalizować źródło dźwięku, który wyrwał ich z celebracji sennych marzeń. Po dłuższej chwili Alabajdus przetarł twarz, prychnął jak co rano, mlasnął leniwie, spojrzał na Wolta i wyraźnie rozradowany podjął heroiczną próbę wprawienia swojego aparatu mowy w ruch:

- Es, es, es, es, esteś, Woltuś, modro ty moja! Malagus, mamy gości, nastawiaj kociołek!

Malagus był wniebowzięty. Jakikolwiek pretekst do nastawienia kociołka był dla niego świętością. Wstał więc szybko, uściskał przybyłych w geście powitania i czym prędzej zajął się dorzucaniem drewna do paleniska. W oporządzaniu kociołka Malagus nie miał sobie równych, tak więc już po kilku chwilach całość była gotowa i bimbrownik podłożył ogień. Kociołek zadymił, w powietrzu zawisła kwaskowa woń.

- Siadajta druchy!- zachęcił przybyłych Malagus wzkazując miejsca wokół paleniska.

Wędrowcy usiedli i wyjeli z plecaków prowiant. Zmęczenie po szybkim marszu sprawiło, że z ochotą zaczęli zajadać kawałki chleba, przegryzając raz po raz porcjami królika, który został ze śniadania. Malagus nie tracąc czasu przyniósł z namiotu kilka glinianych kubków, nalał do nich sinozielonego, dymiącego cały czas wywaru i podał gościom. Zawiesina nie wyglądala zbyt zachęcająco. Do tego zapach był ostry i odpychający. - No to hop! Pierwszy w ręce gości – zakrzyknął Alabajdus, kultywując pijacki zwyczaj według którego gospodarz nie pije pierwszego toastu. Odmówienie sobie okazji do zmoczenia ust samogonem było w kodeksie bimbrowników sposobem na okazanie przychylności przybyłym.

- No to hop! – podchwycił Wolt i przechylił kubek, wypijając do dna.

Rebeka i Barnaba przyłożyli naczynia do ust. Kąsająca zawiesina stawiała swoje wymagania. Do zniesienia była jedynie dla wprawnych smakoszy lub dla kogoś kto nie jedno już w życiu przełknął. Po małym łyczku wędrowcy odjęli kubki od ust i przybrali wyrazy twarzy na tyle miłe, aby nie urazić gospodarzy.

- Swoje kąsa, co? He he he! – krzynął Malagus – Niełatwa to partnerka, ale wierna i nie bręczy nad uchem, he he he!

- Czyń honory Malagusie, teraz nasza kolej – Alabajdus domagał się swojej kolejki.

Bimbrownik zamieszał w kociołku i nalał porcję dla siebie i swego towarzysza. Podekscytowany Alabajdus wypił pół kubka i rzucił:

- No to co was do nas sprowadza? – po czym przysunął naczynie do ust szykując się do drugiego łyku.

- Seledynowy Świt – odpowiedział szybko Wolt.

Malagus i Alabajdus kaszlnęli równocześnie i zaczęli się krztusić.

- Cośta chłopaki, czyżby zupka za gorąca, albo zali przypalona, hehe? – Wolt nie mógł przegapić okazji do szydery.

- Dejta spokój, żartownisie, żeby człeka z rana takim słowem smagać?! – Alabajdus był wyraźnie oburzony – Coś ty pleciesz, Wolcie drogi?

Myśliwy opowiedział bimbrownikom historię wczorajszego dnia. W czasie jego relacji żywe wspomnienia skłoniły Barnabę do przełknięcia kilku łyków bimbru. Początkowo niezbyt zachęcająca substacja okazała się mieć dobre strony. Przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele dodało chłopcu odwagi, więc i on włączył się do rozmowy. Miał okazję opowiedzieć o zdarzeniach, których był głównym bohaterem. Snując opowieść, patrząc na wszystko z perspektywy narratora, nabierał dystansu do emocji, z którymi wcześniej sobie nie radził. Raz jeszcze analizował wszystko krok po kroku i był szczęśliwy, że może to robić ze spokojem. Bimbrownicy dziwili się coraz bardziej z każdym kolejnym zdaniem. Żyli co prawda w środku lasu, z dala od Aleksandrytu i innych osad, nie byli jednak aż tak oderwani od lokalnych wierzeń, aby obojętnie przyjąć przekazaną im opowieść. Przy każdym nowym etapie opowiadanej historii prosili o przerwę, w której żywo dolewali sobie bimbru. W momencie gdy Wolt kończył byli już niemal całkiem znieczuleni. Wędrowcy podziękowali za gościnę, zapięli plecaki i ruszyli w dalszą drogę. Bimbrownicy mimo upojenia z troską pożegnali gości, życząc im powodzenia w powierzonej im misji.

Rebeka, Wolt i Barnaba szli dalej leśną ścieżką. Odleglość jaką przebyli powoli dawała im się we znaki. Plecaki stawały się coraz cięższe. Las wydawał się mniej przyjazny niż wcześniej. Przyjemna wędrówka powoli stawała się koniecznym marszem do celu. Zaczynało się ściemniać, co w gęstwinie bujnych drzew oznaczało szybkie zapadnięcie nocy. Chata Odbyty na szczęście była już niedaleko. Wędrowcy z ulgą powitali miejsce, w którym leśna ścieżka wychodziła na otwarty teren. Tutaj było trochę jaśniej, choć widoczność znacznie się już pogorszyła. Niedaleko widać było charakterystyczny zarys chaty Odbyty. Strzelisty dach i solidne mury malowniczo prezentowały się w wieczornym świetle. Rebeka z otuchą poklepała Barnabę po ramieniu, dając mu znać, że dotarli na miejsce. Gdy podeszli bliżej myśli o rychłym odpoczynku przegonił dziki ryk zwierzęcia przeplatający się z przeraźliwymi nawoływaniami Odbyty:

- Ratujta! Ośle moje, ratujta! Ludzie, ośle moje ratujta!

Wolt zaalarmowany wołaniem o pomoc w ułamku sekundy rzucił ostre spojrzenie w miejsce, z którego dobiegały okrzyki, błyskawicznie ocenił sytuację i ruszył biegiem na ratunek. Kawałek od odbyciej chaty stała staruszka wpatrująca się w błotne bagienko, w środku którego utkwił wydający z siebie przeraźliwe jęki osioł. Spłoszone zwierzę probowało wydostać się z bagna szamocąc się dzikimi ruchami. To tylko pogarszało jego sytuację, jako że z każdym kolejnym szarpnieciem zapadało się coraz głębiej. Czasu było niewiele. Nie zastanawiając się długo Wolt w mgnieniu oka pochwycił instynkt podejmowania szybkich decyzji, zrzucił z siebie plecak, wyjął z niego linę, z mistrzowską precyzją ukręcił lasso i zarzucił pętlę na prychającego błotem osła. Rebeka i Barnaba dobiegli do Wotla.

- Wszyscy, ciągniemy! Raz! Dwa! – mężczyzna jakby w transie dyrygował akcją.

Barnaba i Rebeka chwycili linę i zaczęli ciągnąć razem z Woltem.

- Odbyta, dawaj! – myśliwy wiedział, że potrzebna jest każda para rąk.

Staruszka chwyciła linę i zaczęla ciągnąć. Siłowali się z bagnem na tle nadchodzącej nocy. Wolt rytmicznie dawał sygnały do mocnych szarpnięć. W końcu i osioł zdał się na łaskę liny i zaczął przechylać się w kierunku umożliwiającym wydostanie się z błotnej kąpieli. Po kilku minutach wyczerpującej walki zwierzę wyskoczyło z bagna i stanęło na trawie. Wszyscy trzymający linę upadli wycięńczeni i z ulgą zaczęli wpatrywać się w osła. W końcu Wolt powiedział:

- No, no, niezłe nam powitanie rześ przygotowała, aż się dziwić, że cię ludziska nie odwiedzają, sturba jego mać!

- Łe jedysiu, Woltuś kochaniutki! Życie mi żeś uratował! Głupie ośle, bydle moje kochane wlazło w bajoro, sturba jego mać! Jakże jam niebiosom łaskawa, że was tutej zesłały! Mało to by to brakowało i by ośle durne żywot swój pożegnało. Jak ta koza moja, co mi latem w bagnie zdechła! – Odbyta załkała rzewnie.

- Dobra już ci, nie płacz po kozie. Raduj się, żeś osła ocaliła – Rebeka pospieszyła na pocieszenie staruszce.

Odbyta pozbierała się i zaprowadziła osła do zagrody. Wędrowcy weszli do chaty i zrzucili plecaki. Nareszcie nadeszła chwila na zebranie sił. Odbyta, nie pytając o wiele wyciągnęła z kuchennej szafki zakurzoną karafkę i cztery kieliszki.

- Cóż serwujesz moja droga? – Rebeka spytała badawczo.

- Jaszczurza ratafia – odpowiedziała staruszka nalewając krwisto czerwonego płynu.

- Że jak? – zdziwił się Barnaba – Z czego ta zacna nalew?

- Nie bój się synku, nazwa upiorna, coby ludziska mieli o czym opowiadać. Nalew szlachetna na malinach z tegorocznego zbioru.

Wędrowcy z chęcią sięgneli po trunek, którego nazwa wpleciona w przedziwne historie o Odbycie faktycznie zdążyła już obiec całą okolicę. Smak był wyborny. Łagodna słodycz z każdym łykiem przekonywała o kunszcie i staranności przygotowania nalewki. Nim wszyscy dopili do końca staruszka zorientowała się, że przez zamieszanie z osłem nie przyniosła do chaty wody. Chwyciła więc wiadro i poprosiła Barnabę o pomoc. Chłopiec wyszedł więc z Odbytą na dwór. Noc była już bardzo ciemna. Majaczące w świetle Księżyca ostre trawy w akompaniamencie świszczących podmuchów wiatru wplatały w krajobraz poczucie grozy. Barnaba podszedł do studni i spojrzał z bliska na Odbytę, która żwawo kręciła kołowrotem.

- No chłopcze, zaraz będzie woda to i wiadro do chaty zaniesiesz.

Barnaba skinął głową i czekał cierpliwie. Nie rozglądał się wokół siebie próbując oddalić wywołane mrokiem poczucie niepewności. Odbyta dzielnie kręciła kołowrotem. Nagle wiejący coraz mocniej wiatr wybił ją z rytmu. Staruszka stanęła nieruchomo z rękami zastyglymi na kołowrocie. Coś dziwnego zaczynało dziać się z jej ciałem. Twarz błyszcząca w zimnym świetle Księżyca stała się nagle napięta i nieobecna. Puste spojrzenie wbiło się w Barnabę. Chłopiec wpatrzył się w staruszkę, próbując rozpoznać co się dzieje. Usta Odbyty, jakby sterowane odległą mocą zaczęły się nerwowo poruszać, przygotowując się do wydania dźwięku. W końcu staruszka przemówiła charczącym głosem o barwie dalekiej od tej, którą posługiwała się na co dzień.

- Widzę cię lichy chłopcze. Na nic starania twej miernej gromadki. Poznałem twoją słabość zanim zacząłeś nad nią rozmyślać. Kroczysz po śmierci, czarny posłańcu. Zginie twa licha nadzieja razem z twoim upadkiem. Obrócę cię w pył i zbeszczeszczę twoje prochy!

Po ostatnim zdaniu Odbyta wzdrygnęła się, jakby ktoś rozluźnił otulający ją uścisk i dalej kręciła kołowrotem zupełnie nieświadoma wypowiedzianych przed chwilą słów. Barnaba wpatrywał się w jej twarz. Nie pojmował co się stało. Odrzucił szok i zaaplikował sobie pierwszą reakcję obronną, która przyszła mu do głowy:

- To halucynacja po jaszczurzej ratafii, to musiała być halucynacja – mamrotał pod nosem próbując zaprzeczyć temu czego właśnie doświadczył.

Seledynowy Świt - część 5

21-11-2012
Wioska Koboldów

Świtało. Rzężące chrumkanie natarczywych ścierwojadów drażniło jego umysł. Dochodzące zza ściany namiotu dzikie dźwięki wygłodniałych bestii uniemożliwiało osiągnięcie skupienia, którego tak teraz potrzebował. Zwykle zwierzyna była głodzona na bezpośredni rozkaz Hifoklita. Wzmagało to jej agresję i podwyższało bojowe zdolności ścierwców. Tym razem mężczyzna postanowił przerwać bezwzględną dietę. Wyszedł z namiotu i przywołał swego sługę:

- Kapatuch – skurczysynie, do mnie!

Przygarbiony żołnierz wyskoczył ze swojego namiotu i powłócząc nogą podbiegł do Hifoklita.

- Tak, panie?

- Rzuć ścierowjadom parę sztuk. Potrzebuję spokoju!

- Tak jest, panie.

Kapatuch pokłonił się nisko i pomknął do zagrody ścierwców. Ku rozradowaniu zwierzyny otworzył kilka cuchnących beczek i począł rzucać pobudzonym bestiom kawały nadgnitego mięsa. Wielkie, ostre, wystające z gęb potworów zęby rozszarpywały dziko obślizgły posiłek. Nastorszona, stalowo – brązowa sierść ścierwojadów pokrywała się kurzem i latającymi w powietrzu ochłapami. Dzikie kwiki przeplatały się z łapczywym mlaskaniem. Upiorny był to chlew. Krwiożerczy, nieokrzesany, brutalny, bezwzględny i brudny – idealny by wykonywać stawiane przed nim zadania.

Hifoklit w oczekiwaniu na uciszenie zwierzyny przebiegł wzrokiem po całym obozie. Wykonane z szarych kawałków płótna lekkie namioty majaczyły dookoła. Nie imponowały walorami estetycznymi, mimo to napawały dowódcę dumą. Były solidnie wykonane oraz łatwe w rozbijaniu i szybkim przenoszeniu. Wojskowy charakter obozu uwydatniały stojące tu i uwdzie wojenne sprzęty – kilka niewielkich, łatwych do przetransportowania katapult, stojaki z błyszczącą we wschodzącym słońcu bronią oraz łopoczące na wietrze upiorne flagi z zagadkowymi wzorami. Po kilku chwilach ścierwce ucichły. Beczkowe rarytasy najwyraźniej zaspokoiły poranny głód. Hifoklit odwrócił się i wszedł do swojego namiotu. Wnętrze było zimne, ściany pozbawine jakichkolwiek zdobień. W głębi znajdowało się prowizoryczne posłanie, na środku niewielki stolik. Generał podszedł do niego i usiadł na stojącym przy nim małym, drewnianym stołku. Mężczyzna był podekscytowany. Wiedział, że wczoraj doszło do wyczekiwanego od dawna przełomu. Po raz pierwszy udało mu się przekroczyć niewidzialną ścianę, która do tej pory broniła dostępu do pożądanego artefaktu. Nie do końca rozumiał dlaczego tym razem wszystko poszło aż tak łatwo. Wiedział jednak, że strażnik się zmienił. Wiedział, że jest niedoświadczony i niepewny. Wiedział w końcu, że z łatwością przyszło mu wtagrnięcie do jego umysłu i zasianie w nim niepokoju. Hifoklit potrzebował jednak więcej. Oczekiwał faktów i dokładnej lokalizacji. Skupił więc czym prędzej swoją uwagę na leżącej przed nim niewielkiej kostce . Czarny sześcian pokryty białymi niteczkami rozchodzącymi się we wszystkich stronach mienił się delikatnie. Mężczyzna położył na nim ręce i w pełnej koncentracji po raz kolejny spróbował namierzyć ofiarę.




Barnaba podniósł się gwałtownie i usiadł na łóżku. Przez chwilę miał wrażenie, że ze snu wyrwało go bolesnego szturchnięcie. Uczucie było jednak na tyle krótkie i nietrwałe, że umysł łatwo uznał je za nierealne. Chłopcu brakowało doświadczenia, które nie pozwalałoby na ignorowanie takich znaków. Zamiast z pełną determinacją rozpocząć obronę własnej jaźni przed kołaczącym do jej bram intruzem chłopiec rozejrzał się dookoła i z ulgą przywitał otaczający go świat. Nikt nie stał obok łóżka, nie było widocznego wroga. Izba odbyciej chaty sprawiała przytulne wrażenie. Promienie wschodzącego słońca ogrzewały powietrze i ciepło nastrajały do rozpoczynającego się dnia. Barnaba wstał z łóżka, ubrał się i wyszedł przed chatę, aby zaczerpnąć świeżości poranka. Okolica była niezwykle malownicza. Połyskująca w porannym słońcu rosa delikatnie kołysała harmonią krajobrazu. Wzgórza wyglądały przyjaźnie i inspirująco, zupełnie inaczej niż wczorajszego wieczora. Chłopiec rozejrzał się dookoła. Po chwili jego wzrok zatrzymał się na znajdującej się niedaleko domu studni. Przywołane mimochodem wspomnienie było nieprzyjemne, szorstkie i przeszywające zimnem. Noc nie zatarła niechcianego wrażenia. Oddziaływało ono na Barnabę na tyle mocno, że zaczynał żałować, że nie podzielił się wczorajszymi wydarzeniami z towarzyszami podróży. Wczoraj bił się z myślami, brakowało czasu, wszyscy byli zmęczeni, nie był pewien, bał się. Rozmyślania Barnaby przerwało skrzypnięcie drzwi. Wolt wyszedł przed chatę, żeby przywitać rozpoczynający się dzień.

- Dobroć, synu! – zawołał żywo mężczyzna.

- Dobroć, ojcze. – chłopiec okazał trochę mniej entuzjazmu.

- Cóżeś ty, chłopino? Czyżby odbycią reką przyrządzone rarytasy zbytnio cię wczoraj poszurały? Jakiś ty żeś byz życia.

- Po prostu się zamyśliłem. Zjedzmy coś i idźmy dalej, zapowiada się przyjemny dzień. – Chłopiec nie mógł się zdobyć na rozmowę o wczorajszej wizji. Wolt i Barnaba weszli do chaty. Przy kuchennym stole siedziła Rebeka. Odbyta także już wstała. Nieskładnymi ruchami krzątała się koło pieca, raz po raz mieszając drewnianą łyżką w dymiącym łagodnym aromatem garnku. Widząc wchodzących do kuchni mężczyzn staruszka zawołała:

- O chopoki, ranne ptaszki moje miłe, co mi żeśta życie przedłużyły, podejdźta tu, to i was stara mleczną rozklapuchą uraczy!

- He, he, he, chyba żeś ty Odbyto droga z piekielnej księgi kucharskiej tę nazwę wzięła! – Wolt udał zdumienie mimo, że znał i cenił kuchnię staruszki.

- Łola boga! Rozklapucha – miód na usta, jest pożywna i nietłusta! – Odbyta zachwalała przygotowany specjał.

Wszyscy usiedli do stołu i rozpoczeli śniadanie. Mleczna zupka, doprawiona trudnymi w odgadnięciu ziołami okazała się mieć całkiem przyjemny smak. Trzeba przyznać, że znała się Odbyta na dobrej kuchni. Rozklapucha, mimo mało apetycznej nazwy wdzięcznie rozgrzewała i zaskakująco pieściła podniebienie. Wędrowcy byli wdzięczni staruszcze za ciepłe przyjęcie. Pochlipując ciepłą zupę Rebeka w myślach podziękowała Woltowi za dodanie odbyciej chaty do mapy ich wędrówki. Czas jednak przypominał o priorytetach. Najważniejsze było przed nimi. Nieodgadnione, ale istotne i niecierpiące zwłoki. Nie zważając więc na nalegania Odbyty wędrowcy po śniadaniu podziękowali za gościnę, spakowali się i ruszyli dalej. W podziękowaniu za uratowanie osła staruszka podarowała gościom kilka woreczków z przyprawami wybitnej jakości oraz sporą flaszkę jaszczurzej ratafii.

Po oddaleniu się od chaty staruszki zaczęła się prawdziwa wędrowka. Rebeka, Wolt i Barnaba wkraczali na tereny coraz odleglejsze od ich domu. Jednocześnie droga zaczynała wieść przez wzniesienia i pagórki, prowadząc w coraz wyższe góry. Tempo marszu wyraźnie zmalało. Pokonywanie kolejnych przeszkód zabierało swój czas. Trzeba było ostrożnie stawiać kroki, uważając na ostre kamienie i jednocześnie rozsądnie rozkładać siły. Fizyczny wysiłek paradoskalnie przynosił Barnabie wyraźną ulgę. Zmęczenie ciała kierowało jego myśli na sprawy widoczne i przyziemne, pozwalając oddalić rozmyślania o niepokojącej wizji. Szli przez cały dzień, z kilkoma krótkimi przerwami na odpoczynek i posiłek. W końcu doszli do osłoniętej drzewami polanki.

- Wieczór niedaleko, tutaj spędzimy noc. – Wolt ocenił, że polana będzie idealna na nocleg.

- Dobrze ojcze – Barnaba zrzucił z siebie plecak i rozporostował się z ulgą.

Myśliwy wyjął z plecaka solidną płachtę i przerzucił ją nad powalonym do połowy drzewem. Z użyciem liny szybko zbudował trójkątny namiot. Barnaba i Rebeka sprawnie zebrali drewno na ognisko. Obóz był gotowy jeszcze przed zapadnięciem zmroku. Trójka wedrowców usiadła przy ognisku i cieszyła się odpoczynkiem. Ciepły i jasny ogień dawał im poczucie bezpieczeństwa i rozgrzewał od środka. Rebeka otworzyła plecak, wyjęła kilka sucharów oraz suszone mięso. Cała trójka zaczęła zajadać z wyraźnym apetytem. Całodniowa wedrówka sprawiła, że smak prostego posiłku dawał więcej pokrzepienia niż spożywanie wyrafinowego dania na wystawnej uczcie. Pierwsze trudy wędrówki dały o sobie znać – zmęczenie sprawiło, że wędrowcy szybko położyli się spać. Noc była zimna. Ledwo widoczne majaczące w oddali górskie szczyty srebrzyły się w świetle Księżyca. Raz po raz dało się słyszeć odgłosy pobliskiego lasu i żerujących w nim zwierząt. Trójka wędrowców spokojnym snem wtopiła się całkowicie w naturalny rytm życia krainy Kobalt.

Poranek był radosny, ciepłe Słońce pozytywnie nastrajało do rozpoczynającego się dnia. Wędrowcy coraz bardziej przyzwyczajali się do wedrówki. Codzienne czynności wykonywali z coraz większą biegłością i rutyną. Bez zbędnego zastanawiania pokonywali kolejne odcinki. Przywykli do marszu i poruszali się coraz sprawniej. Po kilku dniach spędzonych w górach ujrzeli w dole zacienioną kotlinę, w której znajdowało się wiele małych domków.

- Jesteśmy, Wioska Koboldów przed nami – poinformowała idąca z przodu Rebeka.

Było południe. Kilka godzin zajęło wędrowcom zejście do kotliny. Kamienista dróżka wiodła stromym zboczem. Gdy wędrowcy zbliżali się do wioski z zaskoczeniem przywitali muzykę, która z każdą chwilą stawała się coraz głośniejsza. Wesołe dźwięki fujarek, harmoszek i skrzypiec wyraźnie oznajmiały, że w wiosce dzieje się coś szczególnego. Barnaba spojrzał badawczo na Rebekę i Wolta. Był zaskoczony. Szedł w milczeniu zastanawiając się co na nich czeka. Dochodzili do pierwszego domu. Z daleka przywitał ich ubrany w kolorowy strój mały Kobold:

- Hej, hej, goście, przybywajcie i cieszczcie się wespół z nami!

- Sądząc po ubiorze, to weselny dziad – Rebeka szepnęła do swych towarzyszy.

- Azali ubiór dziadoski – przytaknął Wolt.

Wędrowcy podeszli do Kobolda i przywitali się. Oko Rebeki trafnie oceniło jego ubiór. Witał ich weselny dziad – wybrany spośród miejscowej społeczności przedstawiciel, który zapraszał przybywających na trwające od kilku dni wesele. Feta trwała w najlepsze. Świadczyła o tym nie tylko grająca głośno muzyka, ale także kolorowe ozdoby widoczne w całej wiosce. Legowiska Koboldów w znacznej części znajdowały się pod ziemią. Widoczne na powierzchni małe chatki były jedynie niewielkimi zakończeniami podziemnych korytarzy. Na co dzień szaro-brunatne, mało eleganckie ściany domków dzisiaj lśniły od powiewających na delikatnym wietrze jasnych wstążek i mieniących się kawałków płótna. Uroczystość zaślubin była dla Koboldów jednym z najważniejszych wydarzeń z życia wioski. Dawała okazję do umacniania wzajamnych więzi i wieńczyła proces poznawania się młodej pary. W przypadku Koboldów, jak i innych społeczności zamieszkujących Kobalt był on niezwykle ciekawy. Wszystko zaczynało się od tak zwanych „chatek miłości”. Niewielka konstrukcja była wznoszona przez ojca dziewczyny, która wchodziła w dorosłość. Granica wiekowa tego momentu zależała od zasad obowiązujących w danej społeczności. W przypadku Koboldów było to szesnaście lat. Chatka była budowana poza podziemnym królestwem Koboldów. Umieszczona na czterech palach konstrukcja zwykle znajdowała się około metra nad ziemią i była budowana w takiej odległości od pozostałych zabudowań, która zapewniała dyskrecję. Miała cztery ściany i starannie umocowany dach. Na podłodze umieszczano miękkie i wygodne posłanie - niezbędne wykończenie miłosnego gniazdka. Odpowiednio przygotowana chatka była dumą ojca i służyła jako miejsce spotkań młodej kobiety i jej wybranków. Proces dobierania partnera czasami był długotrwały. Kolejne spotkania dawały mozliwość wzajemnego poznania się. Zwykle do chatki zachodził jeden wybranek. Nie była to jednak sztywna zasada. Obowiązujące w Kobalcie reguły były elastyczne i dawały kobiecie możliwość dowolnego układania kalendarza spotkań. Po pewnym czasie, gdy para stwierdzała, że chciałaby zamienić chatkę na trwałe domostwo, dochodziło do spotkania rodzin. Porozumiewano się w kwestiach majątkowych oraz ustalano szczegóły zaślubin. Kiedy obie strony doszły do pełnego porozumienia, wyprawiano zaślubiny, na których przez wiele dni bawiła się cała wioska i goście, którzy przybywali z okolic.

Ceremonia odbywała się na powierzchi. Wielki namiot był dla Koboldów symbolem wyjścia z podziemi do świata. Wszystko po to, aby obwieścić radosną wieść w jak najbardziej uroczysty i otwarty sposób. Prowadzona przez weselnego dziada trójka wędrowców wchodziła do weselnego namiotu witana przez zgromadzonych gości. Przed szereg wyszedł przewodnik ceremonii – stary kobold Kobusycha. Wyciągnął szeroko ramiona i przywitał przybyłych:

- Rebeka - podarunek niebios, Wolt – niech jemu chwała i Barnaba – ten, o którym będą śpiewać pieśni. Szczególna to dla nas radość, że przybywacie w takim momencie.

- Miło nam wielce czcigodny Kobusycho, potomku tych, którzy stworzyli porządek Kobaltu - Rebeka z wielką biegłością wyrecytowała dyplomatyczną formułę – Niech wasze szczęście z naszym udziałem będzie sławione po wsze czasy.

- Przychodzimy w pokoju koboldzi bracie. Niech nasze korzenie i Koboldzi duch pozwolą nam cieszyć się wespół tu – Wolt dorzucił kilka słów od siebie.

Kobusycha skinął głową i uśmiechnął się. Docenił wypowiedziene z wielką starannością słowa przybyłych. W koboldziej wiosce tradycja stała na pierwszym miejscu. Poszanowanie do nauk starszych i cześć oddawana pamięci przodków wyznaczały codzienny rytm życia. Ponadto w dniach świątecznych Koboldy niezwykle życzliwie przyjmowały gości. Traktowały to jako najlepszą okazję do zapoznania innych z ich pięknymi zwyczajami. Nic więc dziwnego, że Rebeka, Wolt i Barnaba zostali błyskawicznie wciągnięci w tryby weselnej machiny. Nie mieli okazji być obserwatorami z zewnątrz. Po kilku minutach jedli, pili i tańczyli razem z miejscowymi śmiejąc się i opowiadając żywe historie. Wolt, chcąc okazać sympatię przyjmującym ich gospodarzom wyjął z plecaka flaszkę jaszczurzej ratafii, którą dostał od Odbyty.

- Zacny trunek dla zacnego towarzystwa! – krzyknął Wolt otwierając flaszkę.

Weselnicy siedzący w nabliższym otoczeniu wędrowców wychylili kieliszki i ze stukotem odstawili je na stół.




To było jak pchnięcie. Mechaniczny, dochodzący gdzieś z wnętrza dźwięk przypominający uderzenie szkła o twardy przedmiot. To był sygnał. Piewszy tak wyraźny, niemożliwy do przeoczenia. Hifoklit nagle zatrzymał się i uniesioną do góry ręką dał zgromodzonym dookoła żołnieżom znak do przerwania marszu. Nadchodził jego czas. W tej sekundzie musiał się skoncentrować i chwycić rzuconą mu przez los szansę. Szybkość była kluczowa. Czym prędzej polecił więc rozłożyć prowizoryczny namiot dający mu poczucie osamotnienia. Schylił się i wszedł do wnętrza. Z kieszeni wyjął czarną, pokrytą białymi niteczkami kostkę i z ogromną koncentracją począł konstruować kanał łączący go i strażnika Wężowidła. Hifoklit był podniecony. Wiedział o tym, więc czym prędzej zaczął regulować oddech i uspokajać umysł. Tu nie było miejsca na emocje. Chodziło o precyzję i skuteczność. Cel był daleko, ale w zasięgu umysłu. Odległy, ale bliski jak nigdy dotąd. Czas zwalniał. Hifoklit wybijając w głowie spokojny interwał niszczycielskich myśli krok po kroku zbliżał się do umysłu Barnaby. Białe niteczki pokrywające sześcian rozchodzące się do tej pory w przypadkowych kierunkach zaczęły zmieniać swoje ułożenie. Bezładna plontanina poczęła się układać w proste, geometryczne wzory, które zdawały się przenikać do środka sześcianu.

- Ma tylko sześć ścian ten twój sześcian – Hifoklit wymamrotał upiornym głosem, w którym wyraźnie było słychać narastającą satysfakcję.

Moc Hifoklita narastała. Na ściankach sześcianu pojawiło się kilka szczelin, przez które białe kształty wnikały do środka, wijąc się przy tym jak szkaradne robactwo. W końcu jedna ze ścian sześcianu pękła z głuchym hukiem. Umysł generała zaczął wznosić się i szybować szybko do miejsca pożądania. Podróż była błyskawiczna. Po chwili usłyszał żywą muzykę i radosne śpiewy. Był tam. Weselnicy stali, wznosząc właśnie kolejny toast na cześć młodej pary. Hifoklit w mgnieniu oka wypatrzył Barnabę. Dzika rządza była nie do powstrzymania. Generał zblizył się do chłopca i z gniewem krzyknął mu prosto w twarz:

- Rozbiłem twój sześcian. Masz tylko już pięć ścian!

Barnaba zachwiał się na nogach i upuścił kieliszek. Jego bezwładne ciało spadło na podłogę. Rebeka siedząca po drugiej stronie stołu wychyliła się i spojrzała na uniesiąną w górę rękę Barnaby, która kreśliła w powietrzu małe kwadraty składające się w przestrzeni na niewielki sześcian. Szok pomieszany z troską sparaliżował kobietę. Nie mogąc do końca uwierzyć w to co widzi Rebeka wyszeptała bezwiednie:

- Jak mogłam być aż tak głupia?




Dopisek autora: pojawiająca się w tekście koncepcja sześcianu jest inspirowana utworem "6ścian" Fokusa. Zachęcam do posłuchania:




Anatol



Komentarze






anonim na Wapno.info

16:27 24-07-2013

A co tam z SELEDYNOWYM ŚWITEM? Zapomniał autor o czytelnikach czy wena uciekła?


anonim na Wapno.info

19:11 09-02-2013

Szlachetny woju - wielka cnota twa, okaż cierpliwość - na złość nie trać dnia. Chciałbym obiecać - dzień, dwa, miesiąca ćwierć... Dałbym nadzieję, lecz kolejna część przyniesie śmierć... Anatol


anonim na Wapno.info

14:55 09-02-2013

Do autora "Seledynowego Świtu" - Zapomniał żeś Waść, że powieść nie skończona? Bierz więc Waść pióro i maczaj w kałamarzu,niech zacna powieść się toczy.Cierpliwość ma na wykończeniu,więc albo Waść pisz, albo do pojedynku stawaj!!! A może inkaustu zabrakło? Niecierpliwość mą poskromię i dwie niedziele jeszcze poczekam....woj


anonim na Wapno.info

19:49 08-02-2013

Kiedy następna część? Autor zapomniał o nas? Jeżeli coś jest dobrego, to chce się to czytać, więc AUTOR niech pisze dalej. I oby nie trzeba było za długo czekać ..... MM


anonim na Wapno.info

09:08 17-01-2013

Dziękuję za ciepłe słowa. Co do dalszych części - uwierzcie mi, że chętnie usiadłbym i zatopił się w pisanie - do tego trzeba jednak spokojnej głowy i chwili wytchnienia, a bywa, że na co dzień tego brakuje. Dlatego czasami trzeba poczekać troszkę dłużej. Tworzenie "Seledynowego Świtu" przynosi mi ogromną radość i cieszę się, że towarzyszycie mi w tej przygodzie. Jeszcze wiele może się zmienić, ale na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że do "końca" jeszcze dwie części.


anonim na Wapno.info

19:37 16-01-2013

Dopiero teraz przeczytałem " Seledynowy świt", powiem więc krótko-czegoś tak bajecznie ciekawego nie było jeszcze na tej stronie.Autor niech się spina i daje dalszą część.pozdrawiam.gosia


anonim na Wapno.info

20:12 04-01-2013

Dobra bajka,barwnie opisana,ciekawe postaci.....czekam na dalszy ciąg.mop


anonim na Wapno.info

11:38 27-11-2012

Bardzo fajnie się czyta.....


anonim na Wapno.info

18:59 23-11-2012

Nurtuje mnie jedno pytanie-kto jest autorem tego opowiadania?Jeżeli jest to ktoś z Wapna,to super.Autor ma pisarski talent.Czekam na dalsze części,oby nie za długo:)A nazwisko autora chętnie poznam.......JW


anonim na Wapno.info

11:27 23-11-2012

Musiałam przeczytać wszystkie części,aby przypomnieć sobie na czym się skończyła opowieść/tak długo trzeba było czekać:-)/,ale warto było....maj


anonim na Wapno.info

20:56 22-11-2012

Sama dobroć! Trzeba przyznać, że ma autor wyobraźnię i trzyma poziom. W miare możliwości i weny prośba o dłuższe kawałki albo częściej zamieszczane:)


anonim na Wapno.info

22:02 21-11-2012

Oto piąta część "Seledynowego Świtu". Pozdrawiam i jak zwykle zachęcam do komentowania. Anatol


anonim na Wapno.info

21:00 02-10-2012

Wiem, że już czas na 5 część, ale trzeba jeszcze trochę poczekać. Na pocieszenie zdradzę, że kolejny rozdział będzie nosił tytuł "Wioska Koboldów" i rozpocznie się od słów: "Świtało. Rzężące chrumkanie natarczywych ścierwojadów drażniło jego umysł..." Anatol


anonim na Wapno.info

19:07 01-10-2012

Kiedy następna część?


anonim na Wapno.info

19:01 13-09-2012

Te Frikus-Sokalus dawaj szustom część!


anonim na Wapno.info

10:30 27-08-2012

Charakterystyczne jest to, że słów "ojciec" / "syn" używa Barnaba / Wolt. Słowo "wychowanek" użyte jest natomiast przez narratora. Wielka jest ma radość z tego, że "Seledynowy Świt" jest czytany aż tak uważnie. Znalazłeś wytrych, Wojtusiu. Otwiera on drzwi do rozmyślań czytelnika o rzeczach niedopowiedzianych, zapisanych niewidzialnym atramentem między wierszami opowieści. :) Anatol


anonim na Wapno.info

22:28 26-08-2012

Wierzę w intuicję autora:),ale jeszcze jedna mała uwaga-Wolt ma syna,który na początku opowieści przedstawiony jest jako wychowanek.Dlaczego wychowanek? Syn to syn,i już.wojtuś


anonim na Wapno.info

13:30 26-08-2012

Wojtusiu, masz prawo do krytyki, zwłaszcza, że wskazujesz na konkretne elementy opowieści. Pamiętaj jednak, że to jeszcze nie koniec. O Odbycie poczytasz najlprawdopodobniej już w kolejnym rozdziale. Co do Malagusa i Alabajdusa to intuicja podpowiada mi, że stać ich na coś więcej niż wytwarzanie kwaśnego bimbru w leśnym zaciszu. Czas pokaże... Anatol


anonim na Wapno.info

19:35 25-08-2012

Żeby autor SELEDYNOWEGO ŚWITU nie popadł w samouwielbienie po wszystkich pozytywnych opiniach, odrobina krytyki. Za mało opisani są Alabajbus i Malagus. Dlaczego mieszkają w lesie? I kim jest ta Odbyta? Uruchom autorze wyobrażnię, żebyśmy też mogli uruchomić swoją.Pozdrawiam i życzę owocnego pisania.wojtuś


anonim na Wapno.info

19:18 25-08-2012

Przeczytałem wszystkie części jeszcze raz i muszę powiedzieć, że jest SUPER!!! Czyta się z zapartym tchem i z ciekawością, co będzie dalej. Gratuluję.BB


anonim na Wapno.info

16:45 25-08-2012

Hehe ;) Pomyślimy... Anatol


anonim na Wapno.info

16:36 25-08-2012

Skoro "lokalne smaczki" zostały zauważone, to może pojawią się jeszcze w opowiadaniu.Może przejdą metamorfozę i zostaną np.lemoniadowymi dziadami:) Pozdrawiam.jaś


anonim na Wapno.info

16:16 25-08-2012

Brawa dla uważnego czytelnika! Miałem nadzieję, że lokalne smaczki zostaną zauważone :) Anatol


anonim na Wapno.info

15:21 25-08-2012

Malagus i Alabajdus brzmią znajomo:)) Autor jest dobrym obserwatorem własnego podwórka, a może się mylę? jaś


anonim na Wapno.info

10:37 25-08-2012

Czytałam WŁADCĘ PIERŚCIENI i HAREGO POTTERA, i SELEDYNOWY ŚWIT pisany jest też podobnie. Bardzo mi się podoba,zarówno słownictwo jak i poszczególne postaci.Ma autor w sobie to coś,co pozwala uruchomić wyobrażnię i przez chwilę przenieść się w inny świat. Pozdrawiam.maja


anonim na Wapno.info

15:23 24-08-2012

W najciekawszym momencie przerwane :) Umie autor serwować napięcie...


anonim na Wapno.info

11:09 24-08-2012

W następnej części pewnie pojawią się Kało i Pipek. Ale łeb z Ciebie! Swoją drogą to ciekawą zajawkę wymyśliłeś.


anonim na Wapno.info

22:25 23-08-2012

Oto i czwarta część! Tym razem postanowiłem opublikować rozdział w całości, nie dzieląc go na mniejsze części. Mam nadzieję, że lektura dostarczy wam wiele rozrywki. Pozdrawiam i jak zawsze zachęcam do wyrażania opinii w komentarzach. Anatol


anonim na Wapno.info

20:16 04-08-2012

Też myślę, że Rebeka będzie wielkim bohaterem, tylko żeby AUTOR nie pomieszał nam szyków :-)ania


anonim na Wapno.info

19:09 01-08-2012

Ten Wolt to jeszcze coś wywinie, mówię Wam.A Barnaba malutki i słabiutki. Wszystko w rękach Rebeki, wbrew pozorom to kobiety są silne i odważne.Pozdrowienia dla autora.ZZ


anonim na Wapno.info

14:59 30-07-2012

Ładna bajka, los Barnaby nieprzewidywalny,Wolt jako opiekun....ciekawe,ciekawe


anonim na Wapno.info

12:23 23-07-2012

Na letnie dni wspaniała lektura.Ma autor wyobrażnie...


anonim na Wapno.info

09:25 22-07-2012

Autor pisze jak prawdziwy znawca. Brawo!!KY


anonim na Wapno.info

11:11 20-07-2012

Barwnie opisane, słownictwo oryginalne - podoba mi się i czekam na dalsze części.jaś


anonim na Wapno.info

18:23 17-07-2012

Ciekawy los Barnaby się zapowiada.


anonim na Wapno.info

19:33 16-07-2012

Ufff..- super!!!


anonim na Wapno.info

21:54 15-07-2012

Część trzecia "Seledynowego Świtu" - zapraszamy do czytania i komentowania.


anonim na Wapno.info

21:03 12-07-2012

a to mi sie podoba i już...


anonim na Wapno.info

18:54 05-07-2012

Łowią mnie jak rybę na wędkę :) Na pytania chętnie odpowiem, no chyba, że sam nie będę znał odpowiedzi. Tymczasem wracam do pisania. Anatol


anonim na Wapno.info

16:48 05-07-2012

Autor się złapał na przynętę. Brawo dla tego, kto to zrobił. :-)


anonim na Wapno.info

14:45 05-07-2012

no i został ujawniony rąbek dalszej części opowieści :-)))Czasami warto podpuścić autora:-))) POZDRAWIAM


anonim na Wapno.info

13:07 04-07-2012

"Świt", nie "świat" :) Mieszkańcy krainy Kobalt żyją blisko natury. To ona wyznacza rytm ich codziennego życia. Zdarza się, że rytm ten zostaje zaburzony przez niespodziewane zdarzenia. Sygnałem zbliżającego się przełomu jest Seledynowy Świt właśnie - zjawisko pojawiające się na niebie, wyglądające podobnie jak zorza polarna. Zawsze budzi duży niepokój, ponieważ nikt nie wie, czy przełomowe zdarzania przysłużą się mieszkańcom, czy będą miały na nich fatalny wpływ. O tym jednak w kolejnych częściach... Anatol


anonim na Wapno.info

11:53 04-07-2012

Dlaczego" Seledynowy świat" ???


anonim na Wapno.info

10:33 30-06-2012

Ładnie pisane, autor musiał chyba przeczytać w życiu dużo książek, albo ma WIELKĄ WYOBRAŻNIE.sat


anonim na Wapno.info

09:48 29-06-2012

Ładne i tyle.zdzich


anonim na Wapno.info

19:28 28-06-2012

Dzikie tereny, dzicy ludzie, dla nas egzotyka....Mi się podoba. Autor ma fantazję. Gratuluję.jaś


anonim na Wapno.info

19:23 27-06-2012

A mi brakuje większego opisu wioski, czy gdzie to się dzieje. A tak to spoko.WW


anonim na Wapno.info

20:21 26-06-2012

Wolt w zaroślach też pięknie opisany. Brawo! i czekam na dalsze części, i może faktycznie trochę dłuższe odcinki.


anonim na Wapno.info

16:37 26-06-2012

Anatolu, gratuluję:) Dawaj następny tekst, bo wciąga. Kolejny fragment zapodaj dłuższy!


anonim na Wapno.info

10:30 25-06-2012

Postać Obliblucha opisana tak realistycznie, że czytając, miałem wrażenie,że siedzi obok mnie....


anonim na Wapno.info

11:25 18-06-2012

W imieniu zawodników i trenerów drużyn młodzieżowych LKS Unia Wapno serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wsparli nas w Konkursie Szkółek Piłkarskich Nivea. To dzięki Waszym głosom, wśród prawie tysiąca szkółek, zajęliśmy 111 miejsce. Niestety nagrodzone zostanie tylko pierwszych sto drużyn. Biorąc udział w tym konkursie zdobyliśmy jednak doświadczenie, które wykorzystamy w podobnych akcjach, jeśli oczywiście będziemy mieli taką okazję. Jeszcze raz dziękujemy za wsparcie. Pozdrawiam Radosław Piechowiak


anonim na Wapno.info

19:59 17-06-2012

no to czekamy, oby nie za długo.


anonim na Wapno.info

19:33 16-06-2012

cierpliwie czekamy :)


anonim na Wapno.info

10:20 15-06-2012

Opublikujemy kolejne części, ale jeszcze nie teraz. Długie teksty zniechęcają nowych czytelników, dlatego fragmenty będą zamieszczane w odstępach czasowych. W ten sposób każdy będzie mógł śledzić losy Barnaby w odpowiednim dla siebie tempie. Poza tym pamiętajmy, że powieść ciągle powstaje, a Anatol potrzebuje swobody. Prosimy więc o cierpliwe oczekiwanie. Tymczasem zdradzimy, że tytuł kolejnego fragmentu to "Rada Starszych". W drugiej części poznamy nowych boharerów.


anonim na Wapno.info

14:54 14-06-2012

Jeżeli autor nie ma weny, to może czytelnicy dopiszą dalsze losy Barnaby? jaś


anonim na Wapno.info

13:07 12-06-2012

No dawaj dalszą część !!!


anonim na Wapno.info

21:22 06-06-2012

dobre i ciekawe,jest w tym COŚ co powoduje,że chce się czytać dalej.WW


anonim na Wapno.info

19:41 05-06-2012

przeczytałem i jestem pod wrażeniem. Czy dalsza część będzie równie dobra?


anonim na Wapno.info

21:03 04-06-2012

Ciekawie się zaczyna ta opowieść, więc pisz dalej..


anonim na Wapno.info

21:34 03-06-2012

Zrób z Barnaby wielkiego WODZA...Piszesz bardzo wyraziście,a to pobudza moją wyobrażnie.Gratuluję i oczekuję dalszego ciągu.miś


anonim na Wapno.info

21:28 03-06-2012

Czyżby ujawnił nam się nowy talent pisarski w Wapnie? Dla mnie bomba, chętnie poczytam dalej.....


anonim na Wapno.info

12:28 03-06-2012

bardzo wciągające, czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg... ps. masz talent Anatol:)


anonim na Wapno.info

23:22 02-06-2012

Nie jest ściągane. Pisałem o tym wcześniej, ale nie o to chodzi, żeby się tłumaczyć. Dziękuję za ciepłe słowa i pozdrawiam wszystkich czytelników. Anatol


anonim na Wapno.info

11:32 02-06-2012

Nie bardzo wierzę, aby napisał to amator.Pachnie mi to jakimś przepisywaniem .... Podoba mi się bardzo i nawet, jeżeli jest z czegoś ściągane, to będę czytać dalsze odcinki.Pozdrowienia dla autora.JAM


anonim na Wapno.info

11:17 02-06-2012

Pachnie mi to młodym Maciorą...


anonim na Wapno.info

08:53 02-06-2012

Bardzo fajne,też czekam na jeszcze.....Jaa


anonim na Wapno.info

16:55 01-06-2012

Ciekawe, ciekawe.


anonim na Wapno.info

21:51 30-05-2012

Opowieść w 100% wymyślona i spisana przeze mnie. Cieszę się, że się podoba. Czekam na komentarze, a co do ciągu dalszego, to mogę tylko powiedzieć, że przed Barnabą bardzo długa podróż... Anatol


anonim na Wapno.info

19:38 30-05-2012

Piękne słownictwo i bogata wyobrażnia.Mam nadzieję,że ciąg dalszy nastąpi.PP


anonim na Wapno.info

19:31 30-05-2012

Anato - jeżeli napisałeś to sam, to jesteś BARDZO DOBRY.Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.BRYK


Zajrzyj tutaj

Piosenki

Czytaj także

Zacna Nuta

Nasi Przyjaciele

O Wapnie

O nas

Wapno.info

Portal tworzony z myślą o Tobie

Portal społecznościowy Wapno.info powstał z myślą o aktualnych i byłych mieszkańcach Wapna. Jest miejscem spotkań przyjaciół i znajomych oraz źródłem cennych informacji. Więcej...